Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Obywatelska roztropność

Obywatelska roztropność 1

Niestety minął już czas na zgłaszanie projektów do obywatelskiego budżetu Aktywny Dolny Śląsk. Żal nieutulony. Można to było uczynić do 15 kwietnia więc już po ptakach.

Obywatelskie budżety to bzdura na resorach. Ludzie kompletnie nie interesują się samorządnością lokalną, a tu nagle mają decydować o tym, jak te samorządy mają wydawać swoje pieniądze. Zatem znikome zainteresowanie sprawami samorządności nobilitowane jest formą największego na nią wpływu czyli decydowaniem o wydawaniu pieniędzy. Pieniądze przeznaczone w samorządowych budżetach na te ekstrawagancje to oczywiście tylko mały ich ułamek (w skali całego województwa jest to 600 tys. zł), ale i tak za dużo. Jeśli to pomysł na to, żeby zainteresować ludzi samorządnością, to jest kiepski, bo i tak, niewiele kogo obchodzą te dyrdymały.

Małe zainteresowanie ludzi samorządami lokalnymi to przede wszystkim wynik wyobcowania się samorządowców z lokalnych społeczności. Wystarczy zapytać kto z mieszkańców kiedykolwiek był na spotkaniu ze swoim radnym z rady gminy, w której mieszka, radnym powiatowym, albo radnym wojewódzkim? Dobrze słyszę? Nikt? Zainteresowania działaniem samorządu nie kupi się więc i poprzez próby wciągania mieszkańców w decydowanie o tym, co zrobić z jakimiś tam sumkami wyasygnowanymi na widzi mi się wyborców.

Jeśli załamuje się ręce nad brakiem zainteresowania mieszkańców samorządnością i współtworzeniem społeczeństwa obywatelskiego, to skrajną nieodpowiedzialnością jest przeznaczanie jakichkolwiek pieniędzy na to, żeby ci nieinteresujący się tymi sprawami ludzie decydowali o ich przeznaczeniu. Niestety wygląda to tak, jakby dziecku dać do ręki inkunabuł: może przez chwilę zainteresuje się nim, ale nie doceni jego wartości, a po chwili mogą już z niego pozostać strzępy. Budżety obywatelskie to niestety modny obecnie greps samorządowy i pewnie niechybnie trafi to coś w końcu i do Bolesławca. Nie spodziewam się jednak po tym niczego dobrego.

Powrócę jeszcze do poprzedniej sesji Rady Miasta i sprawozdań szefów służb czuwających nad naszym bezpieczeństwem. Od jakiegoś czasu zwracam uwagę na statystyki dotyczące przyczyn wypadków drogowych. Bezdyskusyjnie na pierwszym miejscu jest tu przekraczanie dozwolonej prędkości jazdy. Ten odsetek to zwykle 35 – 40%. Wypadki spowodowane przez pijanych kierowców to dziesięciokrotnie niższy odsetek. Natomiast w ubiegłym roku w Bolesławcu było to ok. 1,5%. W związku z tymi danymi nie mogę zrozumieć dlaczego tak duże jest zaangażowanie ludzi, czasu i pieniędzy na ściganie kierowców, u których można stwierdzić obecność alkoholu we krwi, a tak mało poświęca się uwagi przyczynie, która powoduje najwięcej wypadków?

Komendant bolesławieckiej Policji w swoim wystąpieniu przez radnymi sam stwierdził, że te ich działania w sprawie nietrzeźwych kierujących są wynikiem presji z zewnątrz. Średnia wypadków spowodowanych przez pijanych kierowców jest u nas niższa niż w kraju, ale trzeba nadal organizować łapanki na ulicach i np. blokować ruch w poniedziałek rano narażając ludzi na spóźnienia do pracy. Pomijam fakt, że spory odsetek tych “pijanych” to ludzie, którzy wypili coś dzień wcześniej, ale we krwi mają jeszcze ślady alkoholu. Nie usprawiedliwiam ich, ale pytam, jak wielu jest kierowców, którzy mają grypę, są po nieprzespanej nocy, mają depresją albo są roztrzęsieni jakąś sytuacją życiową i za kierownicą są dużo bardziej niebezpieczni niż jakiś skacowany biedak?

Zresztą pani prokurator z Prokuratury Rejonowej przyznała, że liczba ukaranych nawet najwyższymi karami za prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu od lat się nie zmienia. Wręcz stwierdziła, że nie widzi sposobu na obniżenie tej liczby. Być może więc nastąpił tu jakiś stan nasycenia. Przestępstwa, jak świat światem i człowiek człowiekiem istniały i istnieć będą zatem szkoda pieniędzy, czasu i pracy na jeszcze intensywniejsze działania w poszukiwaniu nietrzeźwych kierowców.

Z tych sprawozdań na sesji ciekawe informacje przekazała też szefowa bolesławieckiego Sanepidu. A chodzi o szczepienia. W ubiegłym roku odnotowano zwiększenie się liczby dzieci, których rodzice nie chcieli poddać obowiązkowym szczepieniom. Chodzi tu o strach rodziców przed niebezpieczeństwami, które niosą ze sobą szczepionki. Okazuje się bowiem, że odmiennie do leków, które wymagają długich procedur, badań klinicznych i ogromnych pieniędzy na nie, by wprowadzić lek na rynek, to szczepionki, nie będąc lekami, nie potrzebują takich badań. I zdarza się, że firma, która produkuje szczepionkę nie jest nawet w stanie precyzyjnie określić pełnego składu swojego produktu.

W sprawozdaniu Sanepidu była też mowa o zmniejszeniu się liczby nastolatek, które zaszczepiły się przeciw wirusowi HPV. Bo i tutaj pojawia się podobne zastrzeżenie. Te szczepionki działają tylko na niektóre z wirusów, a są bezbronne wobec innych. A na dodatek nie ma jeszcze żadnych danych na temat tego, co będzie się działo ze zdrowiem obecnych zaszczepionych nastolatek po kilkunastu i kilkudziesięciu latach.

Takich to ciekawych rzeczy można się dowiedzieć z wydawałoby się nudnych sprawozdań.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *