Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Kim jest Jerzy Zięba?

Kim jest Jerzy Zięba? 9

W ostatnim czasie w różnych tytułach prasowych i telewizjach pojawił się temat Jerzego Zięby, naturoterapeuty, jak sam siebie nazywa, a w doniesieniach przedstawianego najczęściej jako znachora i szalbierza. Dość istotna różnica między lekarzami medycyny, a takimi ludźmi jak Zięba, ujawniła się w krótkiej rozmowie między tym ostatnim, a lekarzem ginekologiem Grzegorzem Południewskim, z którym spotkał się w audycji Dzień dobry TVN. Pan doktor nie negował wprawdzie, że naturoterapia może uzdrawiać ludzi, ale z jednej strony złożył to na karb możliwego przypadkowego działania, a z drugiej przeciwstawił taki efekt naukowej metodzie podejścia do pacjenta, w której ważne jest potwierdzone badawczo zastosowanie określonych metod i specyfików.

I to ostatnie najwyraźniej definiuje to, w jakim miejscu znalazła się współczesna medycyna akademicka w Polsce. Lekarz jest funkcjonariuszem pewnej wyspecjalizowanej kasty społecznej, która kształci się w akademiach medycznych, jak stosować wobec pacjentów uznane przez tę medycynę metody i farmaceutyki. Jest niewolnikiem określonych procedur, wyjście poza które grozi sankcjami prawnymi. A firmy farmaceutyczne dyktują mu, jakie specyfiki ma podawać chorym.

Czy to jest rozsądne? Z pewnością jest zgodne z myślowym paradygmatem cywilizacji Zachodu, dla którego “szkiełko i oko” są podstawową metodą badawczą. Tyle, że człowiek nigdy nie da się w pełni opisać takimi metodami. To już jest oczywiście filozoficzne założenie. Dla mnie wynika z niego to, że i w leczeniu ludzi nie można zdać się wyłącznie na metody medycyny akademickiej. Ale jeśli ktoś założy, że i owszem, nauki szczegółowe potrafią w pełni opisać człowieka, to i naukowa medycyna w zupełności wystarczy do leczenia.

Zresztą i sama naukowość medycyny jest jeszcze w powijakach, ponieważ na bardzo wiele pytań dotyczących chorób, szczególnie tych uznanych za nieuleczalne, nie ma ona żadnej odpowiedzi. Dużo zatem jeszcze pracy przed medycyną, tym bardziej więc dziwi impregnowanie się jej funkcjonariuszy przed wiedzą, która cokolwiek może zmienić w bezradności lekarzy wobec chorób pacjentów.

Faktem jest zatem, że ta medycyna poddaje się w wielu sytuacjach i nie potrafi wtedy w żaden sposób pomóc chorym. Jerzy Zięba pokazuje zaś fakty, z których wynika, że uleczono ludzi, którym lekarze powiedzieli, iż są nieuleczalnie chorzy. I dochodzi do dysonansu poznawczego. Zgadzam się z Ziębą, że jeśli choć jeden człowiek został w jakiś sposób uleczony z nieuleczalnego, to już ta metoda warta jest uwagi. Bo trzeba przede wszystkim zapytać co tu jest celem? Czy zastosowanie działań, które są usankcjonowane przez medyczne procedury, mimo nawet, że w ich efekcie pacjent nie zostanie wyleczony, czy takie podejście do tego pacjenta, żeby w efekcie powrócił do zdrowia? No chyba nie ma wątpliwości, że powinno chodzić o to drugie. No ale cały spór z Jerzym Ziębą zasadza się na tym, że jego oponenci dopuszczają wyłącznie akademickie metody leczenia. I dzieje się czasem tak, że pacjent musi umrzeć zgodnie z lekarskimi procedurami. A bywa i tak, że jakiś lekarz ratuje komuś życie nielegalnie czyli wbrew przyjętym procedurom.

Bo i wielu jest już lekarzy, którzy przyswoili sobie wiedzę prezentowaną m.in. przez Jerzego Ziębę. W przekonaniu, że są po to, by pomagać pacjentom, a nie tylko wykonywać procedury, stosują też metody wychodzące poza akademickie spektrum. I mniejsza o to, jak nazwać to, czego nie robią zazwyczaj lekarze: czy to znachorstwo, czy naturoterapia, czy medycyna komplementarna, albo niekonwencjonalna. Chodzi o efekt czyli skuteczne pomaganie ludziom. A w błędzie jest ten, kto uważa, że to, co robią lekarze zgodnie z rzemiosłem wyniesionym z medycznych akademii to w pełni naukowo potwierdzone działania, które nie mogą zaszkodzić pacjentom. Mogą i świadczą o tym np. ujawniane amerykańskie statystyki, z których wynika, że rocznie dochodzi tam do 120 tys. wypadków śmiertelnych spowodowanych przez lekarzy.

Zresztą nie o to tu w ogóle chodzi, żeby przeciwstawiać kogokolwiek komukolwiek. Człowiek nie sprowadza się tylko do tego, co obecnie mogą o nim powiedzieć nauki medyczne. Mądry lekarz wie doskonale, gdzie kończą się jego możliwości. Jeśli więc może je poszerzyć, dla dobra pacjenta, o to, co daje choćby naturoterapia, to powinien móc to zrobić. Trzeba przy tym pamiętać, że naukowa medycyna istnieje od około stu lat. A ludzkość istnieje od tysięcy lat. I ludzie też się kiedyś leczyli z chorób. Nie antybiotykami czy chemicznymi preparatami, a właśnie tym, co znaleźli w naturze.

Jedną ze spektakularnych sytuacji, które pokazują, jak medycyna akademicka zapętla się w jakiejś irracjonalnej obronie swojego status quo jest medyczna marihuana. Powszechnie znane jest terapeutyczne działanie substancji pozyskanych z indyjskich konopi w wielu przewlekłych i innych chorobach, a lekarze którzy dopuszczą się ich zastosowania są prawnie karani i usuwani ze stanowisk. Wielu słyszało choćby o Dorocie Gudaniec i jej synu Maxie, który chorował na lekooporną padaczkę i lekarze dawali mu tylko tygodnie życia. Nawet do kilkuset napadów padaczki dziennie. Wyzdrowiał dzięki olejkowi CBD pozyskanemu z konopi indyjskich, który przepisał mu doktor Marek Bachański. Max żyje i normalnie funkcjonuje. Od roku, odkąd podawany jest mu olejek CBD, nie był ani razu w szpitalu. Za to doktor Bachański stracił pracę w Centrum Zdrowia Dziecka i wytoczono przeciwko niemu działa prawnej opresji.

Ci ludzie mimo wszystko robią swoje; leczą, pomagają, a Dorota Gudaniec i jej mąż zaangażowali się mocno w działania, które mają na celu przywrócenie medycznej marihuany do medycyny. (Paradoks polega na tym, że konopie indyjskie były przez człowieka wykorzystywane leczniczo od tysięcy lat i dopiero w erze medycyny akademickiej doszło do ich wycofania.) Ale też nie ograniczają się tylko do tego. Z inicjatywy Jerzego Zięby może dojść do ustawowej zmiany w sprawie zawodu lekarza. Chodzi o umożliwienie lekarzowi wyboru terapii, jaką zechce leczyć pacjenta czyli poszerzenie spektrum metod leczenia poza obecną, akademicką granicę. I nie chodzi tu o jakieś źle pojęte znachorstwo, którym stygmatyzuje się to wszystko, co nie akademickie. W tym szerokim spektrum może być bowiem i ziołolecznictwo, i naturoterapia, i homeopatia, … Są kraje w Europie i poza nią, gdzie lekarz ma takie możliwości.

Nie znam Jerzego Zięby i nie potrafię wydać swojej opinii o jego intencjach i ukrytych celach, o których bardzo źle wypowiada się teraz wielu ekspertów i dziennikarzy. Mi wystarczy to, co czytam w jego książce “Ukryte terapie” i słyszę od niego na YouTubie z konferencji, w których bierze udział. Zgadzam się z jego oceną służby zdrowia i postulatami zmiany podejścia lekarzy do leczenia ludzi, bo jest jest po prostu rozsądne. Śmieszy mnie tylko, jak niektórzy dziennikarze manipulują jego wypowiedziami dla uzyskania efektu człowieka, który uważa siebie za cudotwórcę i “powiększa piersi w hipnozie” … ha, ha, ha.

Jedną z najważniejszych dla mnie rzeczy, które zrozumiałem po lekturze jego książki i wysłuchaniu kilku wywiadów z nim jest dysproporcja między tym, jak ważne jest dla nas zdrowie, a tym, jak łatwo godzimy się na to, żeby służba zdrowia traktowała nas w tych sprawach, jak materiał statystyczny. Jerzy Zięba zajmuje się m.in. tym, by doszło do zmian w tym zakresie. To jest praca nad zmianami ustawy o zawodzie lekarza i to jest praca nad prawnym dopuszczeniem do wykorzystywaniu w leczeniu konopi indyjskich. I za to go cenię. Kwestie niekonwencjonalnych metod leczenia i wykorzystywania do tego np. witaminy C, minerałów, wody, itp. itd. to są sprawy, które tak czy inaczej trafią w końcu do lekarskiej codzienności, bo sami ludzie to wymuszą. Ale ważne jest to działanie systemowe, odblokowanie pewnych możliwości, które po prostu ratują ludziom zdrowie i życie. Bo temu ma służyć SŁUŻBA ZDROWIA.

2 thoughts on “Kim jest Jerzy Zięba?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *