Cały Zdzich 2

Cały Zdzich. Tak mówiliśmy z kolegami o Zdzichu Czyżowiczu, gdy znowu “wywinął jakiś numer”. To było ponad 30 lat temu, gdy najpierw wspólnie uczyliśmy się żeglarstwa na harcerskich obozach, a potem współtworzyliśmy jego klubowe formy w Bolesławcu. Cały Zdzich. I znowu wywinął numer … odszedł. Cały Zdzich.

Całe mnóstwo wspólnie spędzonego czasu w tym najpiękniejszym, młodzieńczym okresie życia. Zaczęło się to dzięki Bogdanowi Sobolskiemu i Stanisławowi Broniszewskiemu, którzy zaczęli nas uczyć żeglarstwa. Obozy, wyjazdy na żagle, zdawanie egzaminów na kolejne patenty żeglarskie. Zdzichu miał jednak więcej szczęścia niż inni i szybko załapał się na wielką przygodę żeglarską i rejsy morskie dużymi żaglowcami. Byliśmy z tego dumni i oczywiście zazdrościliśmy. Cały Zdzich.

Było nas ... czterech. Zdzichu przed aparatem. Takiej wysokości maszty do małego namiotu trzyosobowego (leży na ziemi) złożył nasz kolega. Cały Zdzich. Przez kilka lat trzymaliśmy się w tej czwórce. Przed aparatem Zdzichu, a od lewej: Wiktor Stadnik (Tonio), Jarek Mularczyk i ja.

Było nas … czterech. Zdzichu przed aparatem. Takiej wysokości maszty do małego namiotu trzyosobowego (leży na ziemi) złożył nasz kolega. Cały Zdzich. Przez kilka lat trzymaliśmy się w tej czwórce. Przed aparatem Zdzichu, a od lewej: Witek Stadnik (Tonio), Jarek Mularczyk i ja.

Tyle rozmów w rozgwieżdżone noce nad jeziorami. Pierwsze miłości do żeglarek i druhenek z harcerskich podobozów. Znowu zazdrościliśmy, gdy Zdzichowi udało się zapoznać Marysię, do której wszyscy wzdychali. Mnóstwo fotografii z tamtych czasów, które robił i sam wywoływał. Mam je jeszcze w jego pudełkach po papierze fotograficznym. Tylko, że tak rzadko jest na nich on sam, bo stał zwykle z drugiej strony obiektywu. Cały Zdzich.

Zdzichu oddał w czyjeś ręce aparat i kadr jest taki, jaki jest. Na fotografii z lewej Zdzichu i z prawej ja, na Jeziorze Sławskim, na słomkowej Omedze z drewnianym masztem i bomem, bawełnianymi żaglami i konopnymi linami. Niewielu żeglarzy pamięta taki takielunek.

Zdzichu oddał w czyjeś ręce aparat i kadr jest taki, jaki jest. Na fotografii z lewej Zdzichu i z prawej ja, na Jeziorze Sławskim, na słomkowej Omedze z drewnianym masztem i bomem, bawełnianymi żaglami i konopnymi linami. Niewielu żeglarzy pamięta taki takielunek.

Ale nic to. Zdzichu zrobił tylko zwrot od wiatru i spokojnym baksztagiem żegluje teraz ku Słońcu. Jakie piękne regaty tam teraz rozgrywa z Jasiem, Seniorem, … Teraz jeszcze nie wiemy, czy mu tego zazdrościć.

I tylko pro forma dla młodszych czytelników. Oryginał to oczywiście “Cały Kazio” Marii Czubaszek. W tamtych czasach to teksty z “Sześćdziesiątki” czyli Trójkowego kabaretu “60 minut na godzinę” były dla nas przeciwwagą dla panującej, oficjalnej rzeczywistości, przeciwwagą i odtrutką, którą wspomagaliśmy się do syta.

Olimpiada w Rio chyli się ku końcowi, a ja mam niesmak po obejrzeniu reportażu o dopingu w sporcie, który zaprezentowała w TVN Ewa Ewart. To nowa produkcja, która uwzględniała już aferę w rosyjskiej federacji sportowej. Włos staje dęba i człowiek stawia sobie pytanie, czy w ogóle jest sens oglądać te igrzyska. Jedna z konkluzji, które tam padły nie pozostawia bowiem wątpliwości: ostatecznych zwycięzców Olimpiady 2016 roku poznamy dopiero w 2026 roku. Tyle bowiem trwają badania antydopingowe, które wykluczają sytuację uzyskania wyników w konkretnej dyscyplinie przy pomocy niedozwolonych specyfików.

Ale jeszcze bardziej zatrważa to, że niedozwolony doping jest nieodzownym elementem wielkiej machiny sportowej, która generuje ogromne zyski. Bez dopingu i te zyski musiałyby się zmniejszyć, a nikt tego nie chce. Nikt, również organizacje sportowe, które niby walczą z dopingiem. Dopiero z tego reportażu dowiedziałem się o tym, że dwóch dyrektorów z rosyjskiej federacji antydopingowej, którzy byli najbliżej męża sportsmenki, która zaczęła mówić o dopingu u rosyjskich sportowców, zmarło w jakiś niejasnych okolicznościach. Horror.

A zastanawiał się ktoś, co oznacza nazwa Rio de Janeiro? Zawsze traktowałem to, jako nazwę własną, która nie musi nic innego znaczyć poza nazwą miasta. Aż w końcu dotarło do mnie, że to nazwa znacząca, no i sprawdziłem. Rio de Janeiro to Styczniowa Rzeka. Wzięło się to stąd, że odkrywca tego lądu natknął się na zatokę w tym miejscu i sądził, iż to ujście jakiejś rzeki. A że działo się to w styczniu to tak ją nazwał. Rio de Janeiro pozostało, a rzeki nie ma tam do dzisiaj. Podobno Brazylijczycy miękko wymawiają tę nazwę: Riu di Żanejru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *