Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Krajobraz po urlopie

Krajobraz po urlopie 1

Wakacyjny wyjazd poza mną. Wprawdzie urlop mam dłuższy niż moje dotychczasowe wojaże, ale ten najważniejszy to był pobyt nad Bałtykiem. Oczywiście nie szukałem tam żadnych Hunów, którzy niektórym popsuły w tym roku estetykę pobytu na plażach. We mnie bardziej niesmak budzą bowiem zachowania nowobogackich i snobującej się pseudointeligencji.

Na zdjęciu powyżej industrialny zachód słońca. W Jarosławcu buduje się bowiem nowe plaże. Od poprzedniego roku, gdy zbudowano potężne, kamienne falochrony, miejscowość ta powiększa się o plaże wydarte tym sposobem z morza. Przestrzeń między nimi zasypywana jest teraz piachem przywożonym przez pogłębiarkę sprzed wejścia do portu w Darłówku.

Zaś a propos prosperity, która w tym roku dotknęła Wybrzeże, to znamienne jest to, co powiedział szyper jednego z kutrów w Jarosławcu. On w sezonie letnim swoją łódź zamienia na stateczek wycieczkowy. Powiedział, że jak w poprzednich latach w wakacyjnym sezonie potrafił zarobić do 16 tys. zł, to w tym roku było to niemal 3 razy tyle.

Po czasie oderwania od codziennej papki medialnej wyraźniej teraz odczułem zawoalowane suflowanie przez media ich wizji rzeczywistości. Trafiłem akurat na sędziowski kongres, na którym usłyszałem sędzię Irenę Kamińską z Naczelnego Sądu Administracyjnego, która rzekła: “Całe życie broniłam sędziów. Uważam, że to jest zupełnie nadzwyczajna kasta ludzi”. Chciałbym wierzyć, że pani ta chciała powiedzieć co innego niż powiedziała. Niestety wiem, że tak nie jest. A wystarczy przeczytać kilka książek dziennikarzy śledczych, żeby zauważyć, iż sędziowie to faktycznie niezła “kasta”. Środowisko w żaden sposób nie zweryfikowane po czasach PRL-u, posiadające wiele przywilejów, ogromne wpływy i niemal zerową odpowiedzialność. Mówi się o lekarzach, że panuje wśród nich środowiskowa solidarność. Sędziowie już sami określają się “kastą” czyli zamkniętą grupą społeczną, która rządzi się swoimi rygorami i strzegącą swoich przywilejów.

Takim kompletnie nieuzasadnionym przywilejem jest możliwość ukrycia swojego majątku przez sędziów przed opinią publiczną. Jawne oświadczenia majątkowe muszą składać wszelkiej maści urzędnicy państwowi, ale nie sędziowie. Rząd chce to zmienić, ale sędziom jawi się to, jak atak na ich niezależność. Profesor Andrzej Zoll stwierdził był nawet, że konieczność ujawniania majątku przez sędziów zniszczy ich autorytet. Niezwykle ciekawa to opinia, boć wynika z niej, że już dawno zniszczyliśmy tym sposobem autorytety urzędników państwowych i samorządowych, radnych samorządów wszystkich szczebli, itd. Już pisałem niegdyś na tym blogu co o “logice dla prawników” mówił na moich wykładach z logiki profesor Ludwik Borkowski. Wystarczy teraz napisać, że profesor Zoll znakomicie to spuentował swoim wywodem.

Ale któryś z sędziów obecnych na branżowym kongresie, ferowany przez niektóre media na autorytet, stwierdził że właśnie sędziowie są w naszym kraju najlepiej wykształconą grupą społeczną (sic!). Również ze studiów pamiętam, że w przeróżnych debatach, rozmowach czy nawet uniwersyteckich pogaduszkach o intelektualnym charakterze raczej nigdy nie uczestniczyli studenci prawa. Świetnie rozmawiało się z historykami, polonistami, psychologami, socjologami, ale prawnicy bardziej byli zaangażowani we wkuwanie formułek. Zawsze im zazdrościłem, bo nigdy nie miałem pamięci do wkuwania, ale w takim wypadku trzeba było nadrabiać czym innym. Nie żebym chciał deprecjonować poziom wykształcenia sędziów. Ale teza o najwyższej jego jakości jest po prostu dęta.

W przeglądzie naszych bolesławieckich portalowych treści rozśmieszył mnie demaskatorski tekst zamieszczony na bobrzanie.pl, dotyczący zmiany tytułu jednego z dzieł wystawionych na wystawie prac ubiegłorocznego Międzynarodowego Pleneru Ceramiczno-Rzeżbiarskiego. Mniejsza o to, jaki ten tytuł był i jaki jest (Przejażdżka świętych – Zwycięstwo dobra nad złem). Autor tego tekstu dopatruje się w tym cynicznej manipulacji prowadzącej do międzynarodowego skandalu, w który zamieszany jest komisarz wystawy Mateusz Grobelny, a przez niego władze Bolesławca. Deliktem tej afery jest zaś ceramiczna rzeźba niemieckiej artystki, która przedstawia postać papieża z krzyżem w ręku, jadącego na dziku.

Zdaniem cemoi07 zabieg zmiany tytułów to cenzura sztuki, która w tym wypadku wypływa z niechęci do prezentowania czegoś, co może w złym świetle stawiać katolicyzm czy nawet szerzej chrześcijaństwo. Niestety naciągana to koncepcja, ponieważ to komisarz Pleneru jest pewnie jednoosobowym decydentem w sprawie doboru dzieł do wystawy poplenerowej. A wybiera je spośród dziesiątków dostępnych mu obiektów. O ileż więc prościej byłoby pominąć taką, niby kontrowersyjną pracę, niż kwalifikować ją do wystawy, a potem z chłopięcym uporem podmieniać etykiety na rzeźbach. Tym bardziej, że zabrakło zatarcia śladów tej “manipulacji”, bo oryginalny tytuł widnieje jednak w wydanym przez organizatora wystawy katalogu.

Po drugie, jakież wielkie znaczenie ma sam tytuł dzieła sztuki? Czy komukolwiek potrzebna jest wiedza o tytule Piety Michała Anioła, by doznać piękna tego dzieła i zrozumieć jego treść? A gdy “przebrniemy” w końcu przez całe dzieło Marcela Prousta i dopiero na końcu zwrócimy uwagę na jego tytuł, to zmieni to nasz odbiór “W poszukiwaniu straconego czasu”? A ileż tytułów filmów, które są rozpowszechniane w innych krajach, niż kraj ich powstania ma kompletnie inne tytuły niż oryginał? Czy ktoś np. wie co to za film “Sssssss”?, albo “Las petroleras” (dosłownie: Nafciarki)? Wszystko staje się zaś jasne, gdy powiemy o filmach “Wąż” i “Królowe Dzikiego Zachodu”. I co, powiemy, że to bezczelne manipulacje?

W estetyce czy inaczej w filozofii sztuki tytuł dzieła jest tylko i wyłącznie tytułem i nie przywiązuje się do niego zbytniej wagi. Może on mieć znaczenie, gdy artysta chce przezeń wskazać odbiorcy określoną interpretację swojego dzieła. Ale musi przy tym pamiętać, że niejeden jego odbiorca będzie pozbawiony wiedzy o tytule i dzieło musi bronić się samo. Rozsądek nawet podpowiada to, że właśnie np. rzeźby czy obrazy, ale i inne dzieła, mogą być nawet narażone na bezpowrotną utratę swojego tytułu. I co wówczas? Jeśli dzieło nie broni się samo, to i najpiękniejszy i najbardziej wymyślny tytuł niczego już nie zmieni.

I jeszcze ta junacka gorliwość w powiadamianiu o “bezczelności” polskiej władzy: “oczywiście link do artykułu wysłałem do pani Ute Hartwig Schulz”. To jakaś moda?

Zdaje się, że w Bolesławcu trzeba będzie jednak zmienić jeszcze nazwy kilku ulic. Pierwszy artykuł tegorocznej Ustawy o zakazie propagowania komunizmu jest bowiem nieubłagany. Nazwy ulic nie mogą bowiem “upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny”. Drugi punkt tego artykułu doprecyzowuje sprawę: Za propagujące komunizm uważa się także nazwy odwołujące się do osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących represyjny, autorytarny i niesuwerenny system władzy w Polsce w latach 1944–1989.

Bolesław Kubik był pierwszym powojennym burmistrzem Bolesławca i nie został nim z innego nadania niż to pochodzące od komunistycznej, nowej władzy, utrzymywanej przez radzieckiego okupanta. Interpretacje tego faktu mogą iść w różne strony i prowadzić do rabinicznych dywagacji, ale faktów nie da się unieważnić. Podobnie zresztą sprawa ma się z Bronisławem Kosibą. Zdaje się, że jedynym powodem, który spowodował nazwanie jego imieniem ulicy była przynależność do komunistycznej partii i udział w komunistycznym ruchu oporu we Francji. A już żadnych wątpliwości nie może być z Marianem Buczkiem, przedwojennym komunistą, członkiem kompartii, która nie ukrywała swojej prosowieckości.

Te kwestie wydają się więc jasne. Natomiast problem może dotyczyć obelisku przy komendzie policji przy ulicy Zygmunta Augusta. Upamiętnia on kilku milicjantów i funkcjonariuszy bezpieki, którzy zginęli na służbie. I raczej nie chodziło o ich działania na linii umacniania przewodniej roli partii. Choć zatem milicja i bezpieka jako takie były tej partii zbrojnym ramieniem, to ci chłopcy nie mieli jeszcze okazji przysłużyć się tej sprawie. Zresztą nie wiem nawet, czy mieli świadomość w co się wpakowali.

Z drugiej jednak strony, trochę to dziwaczne, gdy współczesna policja, która powinna być jak najdalej od konotacji ze swoją PRL-owską poprzedniczką, odwołuje się symbolicznie do źródeł aparatu bezpieczeństwa totalitarnego reżimu. Jest problem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *