Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Przeprosimy za pańszczyznę?

Przeprosimy za pańszczyznę? 1

Konferencja prasowa komisji Wacława Berczyńskiego do spraw katastrofy smoleńskiej nakręciła spory na różnych poziomach. Media przede wszystkim skupiły się na propagandzie uzasadniającej taki bądź przeciwny punkt widzenia. Wysłuchałem tej konferencji i przede wszystkim uderzyła mnie jedna, fundamentalna kwestia. Chodzi o wypowiedź Jerzego Millera, który już 28 kwietnia 2010 roku mówił do członków swojej komisji: “Albo zadbamy o jednolity przekaz, który nie sprzyja budowaniu mitów i podejrzeń, albo sami sobie ukręcimy bicz na własne plecy”. A chodziło o możliwe różnice w rezultatach badań przyczyn katastrofy prowadzonych przez Polaków i przez Rosjan.

Można się znać bądź nie znać na badaniu katastrof lotniczych, ale są kwestie, które może rozstrzygnąć laik w tych sprawach, ale posiadający np. wiedzę z zakresu metodologii nauk. Bo w badaniu przyczyn katastrof postępuje się tak, jak w badaniach naukowych. Rozpoczyna się je bez zbędnych założeń i postępuje z pełną otwartością na to, co pojawi się na każdym etapie badań. Jeśli natomiast na początku konstruuje się jakiejkolwiek tezy, to w tym momencie kończy się nauka. Zatem Jerzy Miller już niespełna 3 tygodnie po katastrofie zakończył prace swojej komisji, wyznaczając jej zadanie dopasowania się do rosyjskich ustaleń.

Te wypowiedzi i kilka innych informacji z konferencji prasowej zostały od razu zaatakowane przez wyznawców sekty pancernej brzozy. Tłumaczenia słów Millera ocierały się o groteskę i w skrócie polegały na wmawianiu, że powiedział on całkiem co innego niż powiedział. Ale sięgnięto tylko po te wygodne dla ataku fakty. Natomiast zupełnie pominięto informację o tym, że dwa fragmenty lewego skrzydła samolotu znaleziono kilkadziesiąt metrów przed brzozą, a jeden w jej gałęziach. Nawet logika dla prawników nie jest w stanie wytłumaczyć tego faktu w oparciu o teorię urwania skrzydła przez brzozę.

Do smoleńskiego pieca dołożył też ambasador Rosji w Warszawie. W rozmowie z Janem Pospieszalskim w jego programie “Warto rozmawiać” odniósł się do pretensji, że tożsamości ciał ofiar, które przywieziono do Polski były pomylone i w kilku wypadkach zwłoki były zbezczeszczone (zaszyte w brzuchach rękawiczki, śmieci i niedopałki papierosów). Siergiej Andriejew z rozbrajającą szczerością wyznał, że przecież nie można było oczekiwać od Rosjan, że w ciągu dwóch, trzech dni dokonają dokładnych sekcji zwłok tylu ofiar. Stwierdził, iż z góry było wiadome, że te sekcje powinny być wykonane dopiero po przywiezieniu ciał do Polski. (???) A nam wmawiano, że polscy i rosyjscy patomorfolodzy “ramię w ramię z najwyższą pieczołowitością badali ciała”, że wszystkie sekcje zostały przeprowadzone przez najlepszych specjalistów, i że zalutowanych trumien nie można było pod żadnym pozorem otwierać po ich przywiezieniu do kraju. Tak sypie się tamta narracja. W ilu jeszcze punktach?

Na portalu istotne.pl trafiłem na artykuł o spotkaniu w Teatrze Starym z Olgą Tokarczuk. Przeczytałem, ponieważ chciałem dowiedzieć się, jak wyglądało. Szybko uświadomiłem sobie jednak, że ten tekst nie informuje o spotkaniu lecz o stanie umysły piszącego. Zdumienie moje rosło, gdy chamskie teksty pod adresem Karola Stasika przeplatały się z kpinami z CIK “Orzeł” i analizą pejsowego podłoża niechęci Piotra Romana do pisarki.

Clou tego tekstu stanowią dywagacje o pańszczyźnie, polskiej kolonizacji Wschodu i pogromach Żydów. Z relacji osób, które na to spotkanie przyszły bez filisterskiej zaciekłości w tropieniu ukrytych kontekstów, wynika, iż to był całkowity margines tego wydarzenia. Autor niepodpisanego tekstu wikła się jednak w grające na ksenofobicznych lękach gierki słowne, dla których wykorzystuje te marginalne treści. Signum temporis.

Ale, ale. Niezmiernie zaintrygowała mnie sprawa win Polaków za pańszczyznę i kolonizację Wschodu. Tak. Myślę, że nie można na tym poprzestać, jeśli chcemy naprawdę przejść pełne oczyszczenie z narodowych grzechów. Trzeba więc uświadomić sobie również, jaką krzywdę wyrządziliśmy zakonowi krzyżackiemu rozgramiając go pod Grunwaldem. A przeprosiny za brak tolerancji religijnej, gdy w 966 roku Mieszko I zmusił nas wszystkich do chrześcijaństwa? Wysłanie sowietów do domu w 1920 roku jako naród odpokutowaliśmy już po wielokroć więc tu przynajmniej nie musimy się biczować. Ale już za nieładne pożegnanie się z komunizmem pewnie przyjdzie nam jeszcze beknąć.

W Sejmie powraca sprawa medycznych zastosowań konopii indyjskich. Zdaje się, że dojdzie jednak do przegłosowania poselskiego projektu ustawy. Wiceminister zdrowia mówił już nawet o możliwościach uruchomienia kilku kontrolowanych plantacji tej rośliny na potrzeby chorych, którym lekarze przepisywaliby preparaty z kannabinoidami.

Te informacje zbiegły się z wiadomością o wygraniu procesu w sądzie pracy przez doktora Marka Bachańskiego. Ten neurolog dziecięcy stosował w leczeniu swoich pacjentów w Centrum Zdrowia Dziecka preparaty z marihuany. Leczył m.in. znanego wielu osobom Maxa Gudańca, który ma lekooporną padaczkę i miewał po kilkaset napadów na dobę. Teraz nie ma ich wcale. Ale stale musi zażywać ekstrakty z konopi. Marek Bachański został zwolniony z CZD i miał nawet zarzuty prokuratorskie. Sąd przywrócił lekarza do pracy w Centrum i wielu małych pacjentów będzie mogła znowu liczyć na jego skuteczną pomoc.

Grupa polskich onkologów wysiliła się jednak na list otwarty, w którym arbitralnie stwierdziła: marihuana nie leczy. Ich wywód jest stereotypowy i znany wszystkim zwolennikom innych niż akademickie metody leczenia ludzi. Zwykle jest to bowiem powoływanie się na badania kliniczne preparatów, które miałyby mieć działanie terapeutyczne. Takich pełnych badań ekstraktów z marihuany nikt nie prowadził dotąd i nikt pewnie nie przeprowadzi. A to dlatego, że stać na to wyłącznie największe koncerny farmaceutyczne, a te kompletnie nie są zainteresowane produkcją tanich leków, których nawet opatentować nie można. Preparaty z naturalnej rośliny, jaką są konopie indyjskie, nie byłyby bowiem drogie w przemysłowej produkcji, a opatentować ich nie można właśnie dlatego, że są wytwarzane z naturalnego surowca. Zatem na czym te firmy miałyby zarobić?

Kółko zatem się zamyka. I w tym zapętleniu ci lekarze zdają się stawać po stronie koncernów farmaceutycznych, a nie po stronie pacjentów. Wprawdzie przyznają, że marihuana ogranicza negatywne skutki chemioterapii i radioterapii, ale tylko tyle. Nic więcej, ich zdaniem, nie jest potwierdzone (klinicznie) i w ogóle nie interesują ich konkretne przypadki ludzi, którzy pomogli sobie stosowaniem olejku CBD w wielu ciężkich przypadłościach.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *