W oparach 1

W poniedziałek ma być manifestowany w kraju protest wobec projektu zmian w ustawie o planowaniu rodziny, w którym głównie chodzi o kwestie “aborcji”. W Sejmie pojawił się bowiem obywatelski (nie PiS-owski, jak niektórzy nieustannie kłapią) projekt zmian w tej ustawie, które ograniczają możliwość stosowania “aborcji”. A celowo biorę ten termin w cudzysłów, ponieważ samo jego użycie jest już zajęciem stanowiska w szerokim sporze w tej sprawie.

Można bowiem mieć w niej swoje zdanie, ale w każdym razie nie można fałszować rzeczywistości, której ono dotyczy. A tę rzeczywistość w kwestii “aborcji” stanowi człowiek, a konkretnie określenie początku jego życia. A nie ma żadnych praktycznych ani teoretycznych przesłanek, które by pozwalały przesuwać tę granicę dalej niż moment poczęcia. Wtedy bowiem dochodzi już to powstania “czegoś”, co potencjalnie zawiera w sobie wszystko, co czyni zeń człowieka. Od tego momentu następują już tylko kolejne fazy rozwoju zarodka, płodu, niemowlęcia, dziecka, młodzieńca, dorosłego człowieka, starca, aż do jego śmierci. Nie ma w tym całym cyklu żadnego magicznego momentu, w którym to “coś” wcześniej jeszcze nie było człowiekiem, a po tym momencie już jest. Zresztą czym miałby być takim moment? Tajemniczym wstrzyknięciem pierwiastka człowieczeństwa?

Trzeba mieć świadomość tego, że choć poczęcie się człowieka jest zjawiskiem, które dla niektórych jest tak błahe, iż są w stanie traktować je wyłącznie w kategoriach jakiejś mechanicznej sytuacji, to jego istota (zaistnienie nowego bytu z połączenia całkowicie niesamodzielnych gamet) w sposób absolutny wymyka się naukowemu opisowi i możliwości syntetycznego skopiowania tego procesu. In vitro jest wyłącznie laboratoryjnym podążaniem za tajemnicą powstawania życia. Gdyby nauka to potrafiła to można by produkować ludzi, a nie produkuje się ich i produkować nigdy nie będzie. To jest granica nie do przekroczenia.

Jeśli zatem przerwanie życia człowieka w jakimś jego momencie chce ktoś nazywać “aborcją”, to bardzo proszę, ale trzeba mieć wtedy świadomość, tego co się faktycznie wtedy czyni.

Przechodząc do spraw sporów na ten temat, to zdumiewa mnie jakiś kompletny brak wrażliwości u ludzi promujących dowolność w stosowaniu “aborcji”. Brakiem takiej wrażliwości jest bowiem np. hałaśliwie upominanie się o prawo do przerwania ciąży z chorymi dziećmi w sytuacji, gdy tysiące rodzin z miłością wyhowują swoje dzieci z zespołem Downa czy innymi chorobami od urodzenia. Kim w konteście tej walki jest zatem kobieta, która czyni wszystko, co w jej mocy, by urodzić dziecko, o którym wie, że jest chore? Czy aktywiści tego frontu zarechoczą jej w twarz?

A gdzie wrażliwość kobiet, które niosą w rękach transparenty z napisem “Macice wyklęte”? Ta ponadprzeciętna wulgarność łączy w sobie szyderstwo z naszej historii z uprzedmiotawiającym podejściem do swojej kobiecości. Niepojęte jest to samoredukowanie się do jakiegoś narządu, choćby to był aż tak ważny dla kogoś narząd.

Ciekawe jest to przenicowanie pewnych idei, które legły u podstaw feminizmu. Pierwsze feministki wychodziły bowiem na ulice m.in. z hasłami antyaborcyjnymi. “Aborcję” traktowały bowiem, jako element męskiej opresji, która zmuszała je do przerywania niechcianej przez mężczyznę ciąży. Na swoich sztandarach “aborcję” wypisali za to bolszewicy i ich guru Włodzimierz Lenin. Stalinizm w pełni przejął tę ideę. Selektywne podejście w tej sprawie miał Hitler. Bez przeszkód mogła być stosowana w przypadku “niewartościowych” Niemców (chorych, ułomnych, alkoholików, itp.) oraz nacji podludzi (Polaków i Żydów). Zabroniona była w przypadku “zdrowej” części niemieckiego społeczeństwa. Ciekawe dlaczego tak?

Walka kobiet o swoje prawa, w której one same traktują się przedmiotowo wymyka się mojej zdolności zrozumienia jej sensu. Dziesiątki kobiet uczestniczących w ostatnich protestach niosło różne transparenty, na których było wyłącznie odwołanie się do ich macic i wagin. Samoredukowanie się do genitaliów to przecież przeciwieństwo podmiotowej postawy, w której ważne jest człowieczeństwo, a nie jakiś jego cielesny aspekt. Jak syreni śpiew pobrzmiewał w tym tłumie jakiś pojedynczy transparent z napisem: Oprócz macic mamy mózgi – decydujemy same. Ale nadal nic o czymś więcej. Mózg i macica – czy to już wszystko?

Jedyne głębsze treści, które można było zaobserwować na transparentach dotyczyły odniesień do chrześcijaństwa. Cała ich gama bazowała na przeciwstawieniach symboli chrześcijaństwa i kobiecych genitaliów. Trzeba wprost napisać, że podane to było w aurze nieudawanej nienawiści do katolicyzmu.

Awantura trwa więc w najlepsze, bo sprytnie została przesterowana w politycznym kierunku. A rzeczywistość będzie pewnie taka, że prawnie nic się w tej kwestii nie zmieni. PiS nie był inicjatorem zmian i wystarczy przypomnieć sobie głosowania nad obecną wersją ustawy, które doprowadziły do rozłamu w tej partii właśnie z powodu nieortodoksyjnego podejścia do niej jej władz. Skończy się więc prawdopodobnie tym, że projekt ustawy utkwi w komisjach. Ale póki co propagandowo rozgrywany jest po mistrzowsku.

W polską rzeczywistość wciska się też rewolucyjne podejście do kodeksu pracy. Oto szefowie różnych samorządowych i państwowych instytucji wysyłają w poniedziałek swoich podwładnych na uliczne protesty aborcyjne, zapewniając im bezkarność w sprawie absencji w pracy w tym dniu. Koniec z głupim oddzielaniem bieżącej polityki od merytorycznej ich działalności. To, co “słuszne” musi być wykrzyczane, czy to się komuś podoba, czy nie. Coraz głupiej.

I na koniec tylko dygresja w innej kwestii. Na bobrzanie.pl i na witrynie internetowej Zakładów Ceramicznych “Bolesławiec” ukazał się przed dwoma tygodniami tekst o promowaniu ceramiki we Lwowie. Uwagę zwraca przewartościowanie znaczenia tego kresowego miasta dla Ukrainy. Nadal bowiem Kijów, a nie Lwów jest stolicą tego kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *