Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Powiat do parcelacji?

Powiat do parcelacji? 1

Starostwo powiatowe weszło więc na nowe tory. Czy będzie to nowa era, to się dopiero okaże. Z pewnością jest potrzeba i oczekiwanie, żeby tak się stało, ale nie ma pewności, że w ogóle jest to możliwe. Z przyczyn obiektywnych, ponieważ samorządność powiatowa to niezbyt udane rozwiązanie w ramach samorządowych reform lat 90-tych. Mówiłem o tym i pisałem, jak zresztą wielu, jeszcze przed wprowadzeniem reformy samorządowej w powiatach. Zadania powiatów spokojnie wcześniej realizowały urzędy rejonowe oraz inne wydzielone administracje. Zmiana polegała na zebraniu tych administracji w jedno i dorzuceniu do tego dziesiątków radnych w każdym powiecie. Czym zajmują się ci radni? Wystarczy spojrzeć na programy sesji rad powiatowych. To najczęściej czysto formalne decyzje, do których wcale nie trzeba gremiów, na utrzymanie których idą rocznie miliony złotych.

Zasadniczy problem samorządowych powiatów polega na tym, że w przeciwieństwie do gmin samorządowych, nie mają one własnych majątków, z których mogłyby czerpać zyski, nie dysponują takimi budżetami, jak gminy i nie mają wielkich możliwości zdobywania pieniędzy z zewnątrz. Tzn. to wszystko jest, ale w wymiarze mikro. W starostwach więc przede wszystkim przelewa się pieniądze wpływające z budżetu państwa w postaci różnych subwencji na różne zadania realizowane w powiecie.

Powiaty same z siebie nie są też sposobem na współpracę między gminami, które skupiają. Bez samorządowych powiatów gminy i tak mogłyby sobie dowolnie współpracować w wybranych przez siebie konfiguracjach. Sprawa ta i teraz zależy wyłącznie od nich. Nie można nakazać gminom współpracy, ani nie można zabronić jej między gminami, które należą do różnych powiatów. Mogliśmy to zatem obserwować i w naszym powiecie. Dotyczyło to w różny sposób każdej z gmin, ale najwyraźniej to było widać na linii powiat – miasto Bolesławiec.

W wąskich ramach tej samorządności niektóre powiaty funkcjonują w miarę dobrze, a inne fatalnie. Nie czas oceniać to, jak to wyglądało w powiecie bolesławieckim. Ciekawsze jest to, jak to może wyglądać teraz. Piotr Roman od dawna mówił o lubińskim modelu, gdzie współpraca między powiatem a miastem mogła być nieskrępowana dzięki temu, że większość w obu samorządach ma ta sama formacja polityczna. Prezydent Bolesławca i jednocześnie szef Forum Samorządowego, które wygrało wybory samorządowe w mieście, ale nie potrafiło wygrać w powiecie, przed ostatnimi wyborami liczył na podobne rozwiązanie w Bolesławcu. To się nie udało, ale stworzenie nowej koalicji w powiecie dało szansę na koalicyjne budowanie czegoś nowego, co może mieć wiele podobieństw do wzorca lubińskiego.

A w Lubinie cała oświata od przedszkola do szkoły średniej zarządzana jest przez miasto. Tak jest również z drogami. W lutym, gdy Adam Myrda, starosta lubiński, był w Bolesławcu, to mówił o planach pomieszczenia tam w jednym budynku obu administracji, gminnej i powiatowej.

Rozsądnie? Takimi działaniami można więc poprawić to, co niestety nie udało się w samym zamyśle stworzenia powiatowej samorządności. Czy to się uda konkretnie w tym wypadku? Подождем, увидим.

W powiecie mamy koalicję kilku grup samorządowych interesów. Taka konstrukcja rządzi się swoimi prawami. Może to być odczuwalne w jakości rozwiązań, których się dopracuje. Kosztem tej konstrukcji jest już zgoda Forum Samorządowego na płatnego członka zarządu powiatu. Nie było bowiem tajemnicą, że Piotr Roman i Forum zdecydowanie krytykowali ten wybieg w poprzednich powiatowych układach.

Nie myślałem, że będę kiedyś się wymądrzał na temat polityki amerykańskiej. Oczywiście wcale się na tym nie znam, ale i wymądrzać się też jednak nie zamierzam. Chodzi tu raczej o jakieś najbardziej zdroworozsądkowe podejście do sprawy, które jednak czasami więcej znaczy niż głupio-przemądrzałe dyrdymały.

Właśnie te ostatnie budzą we mnie uśmieszek politowania, gdy słucham co po niektórych specjalistów od tematu. Donald Trump, prezydent elekt USA, zdemolował, jak widać, rozumienie rzeczywistości przez politologów i komentatorów głównego nurtu. Jak tu się nie śmiać z komentarzy, malujących wyniki wyborów prezydenckich, wygranych przez kandydata, któremu zaufała większość Amerykanów, jako jakiś wypadek przy pracy, wybryk losu, czy rezultat oczadzenia wyborców propagandą tego kandydata. Taką interpretację można zastosować do każdego wyniku wyborów, bo nie zawiera ona nic konkretnego. Ale siły i znaczenia przydaje jej establishment politologiczno-komentatorski związany z lewicowym i często lewackim spojrzeniem na świat. Każdy wybór kogoś, kto pochodzi z tej stajni jest więc właściwy, rozsądny i odpowiadający potrzebom rzeczywistości. Natomiast przeciwny wybór staje się czymś godnym krytyki i nierzadko pogardy.

Nie mam zamiaru oceniać Donalda Trumpa ani jego przegranej rywalki Hilary Clinton. Wystarcza mi jednak wiedzy i ZDROWEGO ROZSĄDKU, by mieć pewność, że Trump zasługuje na to, by być prezydentem USA, a Ameryka zasługuje na Trumpa, jako prezydenta. To jest bowiem demokracja. Nie “demokracja liberalna”, ale DEMOKRACJA. Bo jakoś mało postrzeżenie ta ostatnia przedzierzgnęła się nam, nie wiedzieć kiedy, w jakiś orwellowski surogat. Mieliśmy w bloku komunistycznym najlepszą na świecie “demokrację ludową” czyli “ludowe rządy ludu”. Różnicę między demokracją a “demokracją ludową” niektórzy porównywali do różnicy, jaka jest między krzesłem a krzesłem elektrycznym. Teraz mamy “demokrację liberalną” czyli “wolne rządy ludu”. Chyba wolne żarty. Starając się znaleźć równie spektakularne porównanie, to demokracja do “demokracji liberalnej” ma się, jak jazda konno do jazdy konikiem na karuzeli.

Co myślę o Tomaszu Lisie napisałem niegdyś na bobrzanie.pl i myślałem już nie wracać do tej postaci. Ale zrobię to jeszcze raz, być może ostatni. Wtedy ostatecznie wykreśliłem tego człowieka z listy dziennikarzy, bo okazał się propagandzistą. Teraz widzę, że po prostu słoma mu z butów wyłazi. A im bardziej stroi się w pióra salonowca tym gorzej ukryć mu tę żenującą przypadłość.

Salonowiec ów zamieścił “prześmiesznego” tweeta na swoim koncie.

Tweet Tomasza Lisa

Tweet Tomasza Lisa. Warto spojrzeć na ripostę poniżej Zbigniewa Bońka, prezesa PZPN.

Przypuszczam, że po prostu nie chce wiedzieć, czym jest Intronizacja Jezusa Chrystusa, ale dla hucpy wykorzystuje prostackie skojarzenie i próbuje na jednym ogniu upiec szyderstwo wobec chrześcijan i kpinę z szefa partii, która stanęła żabą w przełykach salonowych komentatorów. Żaby przełknąć nie da się za skarby, a słoma wyłazi i wyłazi.

Pomijam tu obraźliwy charakter tego tweeta, bo salonowe elity za normę przyjęły to, że chrześcijanie i chrześcijaństwo są wyjęci spod tolerancji i szacunku w przeciwieństwie do każdej innej religii czy sekty, w obronie których skłonne są zaryzykować nawet śmieszność.

I na koniec coś z okolic szołbiznesu. Krzysztofa Skibę najpierw poznałem (nie osobiście oczywiście), jako muzyka Big Cyca, grupy, którą odbierałem w kontekście Trójmiejskiej Sceny Alternatywnej. W latach 80-tych ubiegłego wieku było to takie polskie, muzyczne okno na świat. Dotąd mam przed oczami i w uszach koncert Pancernych Rowerów w auli Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. To było gdzieś może w 1983 roku. Nigdy potem nie zdarzyła się taka kapela w Polsce. No może podobnie progresywny rock prezentował jeszcze Kult czy Siekiera. Big Cyc to był już wprawdzie późniejszy okres, ale poprzez Jarosława Janiszewskiego z Bielizny, sztandarowego zespołu TSA, który śpiewał czasem z Big Cycem, Skiba łączył mi się zawsze z tamtym światem.

I to było piękne. Skiba, nieśmieszący żartowniś, to natomiast raczej upadły anioł niż ktoś, kto poza swoją profesją potrafi równie dobrze władać innymi talentami. Jakoś nie pamiętam, żebym usłyszał coś znaczącego z jego ust, gdy wdaje się w komentowanie rzeczywistości. Ma wprawdzie dar konwersacji i malowniczych przerysowań, które wyostrzają prezentowane argumenty, ale w tej pasji potrafi pójść po bandzie, albo i za nią wypaść.

I tak się stało z jego cmentarnymi pląsami między grobami, gdy zamierzone szyderstwo z prokuratorskich ekshumacji ofiar smoleńskiej katastrofy stało się niezamierzonym, pogardliwym rechotem z tych ofiar w ogóle. Od razu przypomniało mi to pogardę czasu sporu o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Zawołanie “jest krzyż, jest zabawa” było wtedy kwintesencją obrzydliwej hucpy podniesionej do rangi społecznego happeningu. Teraz wykorzystywanie grobów i ofiar staje się dla niektórych usprawiedliwionym sposobem “walki” z wykorzystywanie grobów i ofiar.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *