Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Demokracja to populizm

Demokracja to populizm 0

Ostatnia sesja Rady Miasta Bolesławca przyniosła m.in. legalistyczną dyskusję o prawnych zaniedbaniach w sprawie statusu cmentarnej powierzchni. Niewykluczone, iż rodziny niektórych zmarłych mogły poczuć trwogę, że przez ich groby puszczono nagle drogę, albo że konieczna będzie ekshumacja zwłok nielegalnie pochowanych na drodze. Sprawa wyglądała alarmująco, ale szczęśliwie zakończyło się jedynie złożeniem przez radnego Dariusza Muchę doniesienia do prokuratury w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa. Czy prokuratura tym się zajmie czy nie, czy zapadnie jakiś wyrok czy nie, to mało ważne. Istotne, że spokój pochowanych na cmentarzu, w każdym jego zakątku, zmarłych będzie dochowany. Nikt nie musi być ekshumowany ani żadna droga nie przeorze grobów.

Jakoś tak bardzo dyskusyjnie było na tej ostatniej miejskiej sesji Rady. Zresztą na powiatowej też. Radny Zdzisław Abramowicz podniósł nagle sprawę finansowania projektów kulturalnych z pieniędzy unijnych. Skrytykował rozpasanie finansowe, w wyniku którego kilka tanecznych spotkań warsztatowych dla 50 osób kosztowało będzie ponad 80 tys. zł. (w tym z budżetu miasta 8 tys. zł). Kiedyś też mnie to irytowało. Ale zrozumiałem. Na unijne regulacje nie ma bowiem rady. W Polsce te pieniądze mogłyby oczywiście lepiej posłużyć, gdyby przeznaczone były na inwestycje infrastrukturalne. Ale takie są decyzje unijnej administracji. I albo skorzystamy z tych pieniędzy, które są przeznaczone na naukę tanga milonga, albo ich nie dostaniemy. Lepiej więc dostać i czegoś się jednak nauczyć.

Gmina Bolesławiec nie będzie organizować Festiwalu Blues nad Bobrem. Ot, decyzja samorządowców i biorąc pod uwagę jej uzasadnienie widać, że myślą tam o publicznym pieniądzu, który powinien być wydawany roztropnie. Zatem nie na miejscu są krytyki tej decyzji w kontekście warsztatów muzycznych, które chciałoby zorganizować Stowarzyszenie BnB, ale oczekując wsparcia gminy. Warsztaty są bowiem przedsięwzięciem komercyjnym i nie bardzo widzę powód, by publiczna kasa miała wspierać czyjś interes. Gmina wspierała plenerowy koncert bluesowy, tego nie będzie, więc i samorząd nie sypnie kasą. Nie dziwi nic.

Z BnB jest tak, że od momentu odłączenia się od Bolesławca, i Bobru, nie zadziało się w jego organizacji nic, co pozwoliłoby mu przetrwać. Chwilowe lepsze i gorsze momenty to były raczej przypadkowe wahnięcia. Myślę, że przyczyną jest tu brak pomysłu na funkcjonowanie takiej imprezy w mocno zmienionych uwarunkowaniach w stosunku do tego, co działo się jeszcze w latach 90-tych bądź na początku XXI wieku. Zmieniły się czasy, zmieniły upodobania muzyczne więc i festiwale powinny za tym nadążyć.

A mam wrażenie, że tylko warsztaty muzyczne czyli komercyjna część całego festiwalu miały wystarczająco zdeterminowanego organizatora, by przetrwać najdłużej. Ale tak jest, gdy udaje się połączyć pasję do czegoś z możliwością zarobienia na tym. Cała reszta komercyjna już nie była, bo można było tylko wydać pieniądze na organizację koncertu finałowego, albo na wsparcie pozostałych elementów festiwalu. Tutaj trzeba już było mieć dobry pomysł na finansowe zapięcie się całości. A sięganie po publiczną kasę nie powinno być jedynym rozwiązaniem takiego problemu.

Po śmierci Tomasza Kality, który w swojej chorobie poznał efekty działania tzw. olejku CBD czyli kannabidiolu pozyskiwanego z konopi indyjskich na powrót w przestrzeń publiczną powrócił temat medycznych zastosowań marihuany. Kalita mówił o tym i apelował o zmianę polskiego ustawodawstwa w tej sprawie. Wcześniej i teraz apelują o to rodziny chorych, którzy na sobie odczuwają, albo chcieliby odczuć zbawienne skutki ekstraktu z konopi. Coś się ma zmienić, ale chyba dużo za mało. O działaniu na chorych tzw. olejku konopnego pisałem już w tutaj.

Minister Konstanty Radziwiłł stwierdził był autorytarnie, że nie ma mowy o rodzimych plantacjach marihuany, a jedyną drogą udostępniania chorym kannabidiolu będzie jego import z zagranicy. Ma być łatwiej o ten specyfik, ale z pewnością nie będzie taniej. Obecnie tzw. olejek CBD, pozyskiwany z konopi siewnych (tylko te mogą być w Polsce legalnie uprawiane) to koszt ok. 150 zł za 10 ml specyfiku o zawartości kannabidoidów od 3% do 5%. Ta ilość starcza przy zastosowaniu profilaktycznym na miesiąc, a przy terapeutycznym na dużo mniej. Ekstrakt z marihuany jest z pewnością droższy. A przemysłowa hodowla i proces ekstrakcji kannabidiolu z konopi tak indyjskich jak i siewnych są tanie i nie wymagają żadnych patentów czy licencji, bo to produkt naturalny. Znacznie łatwiej i taniej byłoby więc na miejscu w Polsce produkować ekstrakt z marihuany i udostępniać go chorym.

W ogóle to kiepsko widzę możliwość sięgnięcia przez naszą akademicką medycynę po konopie indyjskie. W medycynie naturalnej ludzie leczyli się nimi od tysięcy lat, ale przyszło naukowe spojrzenie na rzeczywistość i trzeba było porzucić to, co naturalne dla tego, co przebadane w laboratorium. Lekarz, były minister zdrowia, Bolesław Piecha rzekł tedy w tej sprawie: “Jestem przeciwnikiem medycznej marihuany. Uważam ją za placebo. Medyczna marihuana raczej nie ma dobrego wpływu na zdrowie.” I nic w tym naukowego, a jedynie przypuszczenia i przekonania. Ale tak jest z większością lekarzy z obecnym ministrem zdrowia na czele. Badań takich, jak przy lakach wprowadzanych na rynek nie ma i nie będzie, bo stać na to tylko wielkie koncerny, a te w najmniejszym stopniu nie są zainteresowane marihuaną. I nie dlatego, że ich zdaniem jest bezwartościowa medycznie. Dla nich jest bezwartościowa ekonomicznie: środek naturalny więc nie do opatentowania, a na dodatek tani. Więc jak tu robić na tym kasę? Robią dilerzy sprzedając jointy.

Wicepremier Mateusz Morawiecki, dowcipnie sportretowany w “Uchu prezesa”, dwoi się i troi będąc w różnych miejscach i rozpoczynając różne działania gospodarcze. Ostatnio w trakcie wizyty na szczycie G-20 udzielił wywiadu amerykańskiej CNN. Dziennikarz działania prospołeczne rządu określił mianem populizmu. Na to Morawiecki odpowiedział mu, że to jest słuchanie społeczeństwa. A dziennikarz skwitował, że to jest to samo, tylko inaczej powiedziane.

Ta wymiana zdań pokazuje wyraźnie czym różni się demokracja od demokracji liberalnej. Już kiedyś pisałem, że to podobna różnica, jak między demokracją a demokracji ludową. Generalnie te różnice są w analogii do różnicy, jaka występuje między krzesłem a krzesłem elektrycznym. Demokracja, to demokracja czyli rządy ludu. Gdy się chce to rozumienie zmienić albo zmanipulować, to trzeba najpierw takie pojęcie wzbogacić o jakiś przymiotnik, najlepiej modny. Potem już wystarczy odpowiednio często nim się posługiwać w znaczeniu, które chcemy mu nadać. A na końcu dotychczasowy demokrata staje się wrogiem demokracji, bo wypada poza konotację nowego znaczenia pojęcia.

Opieranie się na zdaniu większości to dla demokraty obediencji liberalnej zwykły populizm. W nurcie demokratycznym jest tylko to, co odpowiada aspiracjom liberalnych elit. Proste. A o tym, co mieści się w zakresie takiej demokracji można się łatwo dowiedzieć dzięki lekturze organów prasowych tej jedynie słusznej ideologii.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites