Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Brukselska żenada

Brukselska żenada 1

Pisywałem już na tym blogu o faktach prasowych, które obecnie z powodzeniem zastępują niektórym prawdę. Ostatni taki popis “dziennikarski” dali w “Rzeczpospolitej”, gdzie pracownik tego dziennika wymyślił newsa, który potem stał się podstawą dla politycznych ataków opozycji na rząd.

Skoro już o faktach prasowych i dziennikarzach, to trudno nie skomentować sławnej odezwy właściciela niemiecko-szwajcarskiego koncernu medialnego, który zmonopolizował niektóre segmenty prasy w naszym kraju. Prawdą jest, że jego list postawił w niezręcznej sytuacji dziennikarzy, których zatrudnia w tych swoich tytułach, bo zwyczajnie dyktuje im, jak mają myśleć i pisać o ważnych dla Polski sprawach. Mnie jednak bardziej uderzyło w tym piśmie co innego. A mianowicie protekcjonalny ton, w jakim zwraca się do swoich podwładnych. Oczywiste jest, że z perspektywy Berlina czy Zurychu Polska to peryferie Europy, obszar, który powinno się dopiero ucywilizować, wskazując żyjącym tam ludziom, jak i o czym mają myśleć. Ale w takim działaniu trzeba mieć wyczucie stołecznego inteligenta, by słoma z butów nie wylazła i nie spowodowała, że cały ten misterny plan w …

Pokłosiem tego spektakularnego obnażenia, słomą podszytych, cenzorskich zapędów niemiecko-szwajcarskiego kapitału medialnego stała się mobilizacja w obozie władzy, by jak najszybciej doprowadzić do uregulowań w sprawach praktyk monopolistycznych w mediach na podobieństwo choćby właśnie Niemiec czy Francji. To oczywiście napotyka sprzeciw totalnej opozycji, która dla utrzymania swojej totalniackiej kondycji gotowa nawet stać się antyeuropejską. Nie chcą takich uregulowań, ja w innych krajach Europy. Z uporem twierdzą, że kapitał nie ma narodowości. Ale ma. I narodowość i poglądy, jak się okazało.

I na chwilę powrócę jeszcze do już przebrzmiałego nieco tematu wyboru Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej. Dla mnie oczywistym jest, że PiS w tej kwestii poniósł porażkę. Oczywistym jest też jednak i to, że polski rząd nie miał za bardzo wyboru w tej kwestii, tzn. nie mógł poprzeć Tuska. Ten zagrał bardzo sprytnie ignorując Polskę poprzez ostentacyjne niezwrócenie się do polskiego rządu o poparcie. Gdyby jednak rząd go poparł, to stałby się ofiarą mentalnego szantażu, co wyglądałoby niezbyt ciekawie wizerunkowo i stawiałoby rząd w sytuacji uległości wobec przewodniczącego.

Śmieszą mnie jednak różne komentarze, których autorzy starają się malować obraz Polski, która nie popierając Tuska skazał siebie na marginalizację w Europie albo nawet na wyrzucenie poza jej obręb. To taki polityczny folklor, który każe niektórym z obecności rosy w ogródku wieszczyć katastrofalny potop. Toć to zwyczajne dla polityka arkany. Po to są kolegialne organy organizacji i po to są w nich politycy, żeby dyskutować, głosować i decydować. A jeśli ktoś siada do pokera z myślą, że i tak nie przebije faworyta, to na pewno z nim nie wygra.

Ilekroć oglądam Jean-Claude Junckera, przewodniczącego Komisji Europejskiej, który przechadzając się po brukselskich salonach klepie z liścia po czołach europejskich polityków, to mam wrażenie, że oglądam gorsze wydanie Benny Hilla. To, co u komika było dowcipne w tym wydaniu jest jednak żenujące. Gość, który tak zachowuje się wobec kogokolwiek i kiedykolwiek jest bowiem żałosny. A już kompletnie nie rozumiem, jak na takie buraczane zachowanie można sobie pozwalać w tak oficjalnych i niby poważnych okolicznościach. Ale chyba najmniej rozumiem tych poklepywanych, którzy czasem zdają się, jak potulne pieski, nadstawiać te swoje czółka na plaśnięcie rączki pryncypała.

Ktoś ostatnio nawiązał do tego żenującego widowiska i zastanawiał się, że nikt dotąd nie wykpił tych zachowań. Ale wydaje mi się, że tutaj wszelki komentarz jest zbędny. Zresztą żaden kabaret lepiej by tego nie zamienił w skecz niż na żywo robi to sam Juncker.

Ale właśnie przeczytałem tekst Bronisława Wildsteina, w którym wprost pisze o tym, co jest widać w Brukseli wszystkim wiadome, że Jean-Claude Juncker jest alkoholikiem. I podobno już coraz szybciej wchodzi w fazę. Niedawno jeszcze było to w południe, a teraz już o dziesiątej. To zatem tłumaczyłoby trochę te jego zachowania. A podobno ten alkoholizm Junckera jest tematem tabu w Brukseli, stąd i nikt nie wytyka tych jego żenujących zachowań.

O KODzie pisywałem już w swoich tekstach i nie wieszczyłem mu długiego żywota. Od początku byłem przekonany, że wielu ludzi, którzy się w nim pojawili działali tam w dobrej wierze dla idei, która ich połączyła. Mniejsza już o to, czy ta idea była słuszna. Natomiast na czele tego ruchu stanęli ludzie, którym od początku zapachniała polityka i apanaże, które dzięki niej mogą stać się ich udziałem. I tak z miesiąca na miesiąc realizował się ten scenariusz. A dzisiaj już nawet najwięksi piewcy tego “oddolnego” ruchu twierdzą, że to już koniec.

Ale jak może być inaczej, gdy na jakiejś fotce z ostatnich protestów widać na scenie w pierwszym szeregu obok siebie pułkownika Mazgułę i Kijowskiego. Twarzami czego mają być ci ludzie?

Uwielbiam, jak w materiałach telewizyjnych o KODzie pojawia się piosenka Chłopców z Placu Broni “Wolność kocham i rozumiem …”, którą podśpiewuje pułkownik Mazguła. Wyobrażam sobie wtedy, jak ten dzielny oficer przechadza się w stanie wojennym po ulicach wśród kulturalnie zachowujących się Polaków i uśmiechając się do nich spod czapki podśpiewuje sobie tę piosenkę. W końcu Chłopcy z Placu Broni to pokrewne dusze chłopców z kałasznikowami na ramieniu.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites