Majowe Kresy 0

Kolejna podróż na Kresy i kolejne ciekawe doświadczenia. Pojechałem z grupą członków Towarzystwa Przyjaciół Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, by na polskich cmentarzach ograniczyć nieco wzrost chwastów, które je zarastają. To takie majowe wydanie akcji “Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”. Działaliśmy chwastobójczymi środkami na trzech cmentarzach: w Jazłowcu oraz w podzbaraskich wsiach Sieniawa i Kołodno.

W drodze ze Lwowa do Buczacza stanęliśmy na chwilę na głównym placu w Rohatynie. Wyszedłem z samochodu, bo moją uwagę przykuł pomnik stojący na jego środku: kobieca postać na wysokim cokole. Podszedłszy bliżej przeczytałem napis “Roksolana Lisowska” i wszystko stało się jasne. W Wikipedii przeczytałem, że właśnie w Rohatynie, w rodzinie popa prawosławnego urodziła się późniejsza sułtanka Churrem, żona Sulejmana Wspaniałego, bohaterka tureckiego serialu “Wspaniałe stulecie”.

Pomnik Roksolany Lisowskiej w Rohatynie.

Praca na cmentarzach to jedno, ale zawsze wokół tego pojawiają się dodatkowe konteksty. W Jazłowcu zaskoczyło to, co zobaczyliśmy po wejście na cmentarz. Wiemy, że idealna sytuacja z porządkowaniem cmentarzy jest wówczas, gdy miejscowi chcą potem sami dbać o nekropolię. Zawsze ma się więc nadzieję, że cmentarz, na którym się pracuje, znajdzie się w opiece miejscowych. I tak się stało w Jazłowcu. Odnowione zostały niektóre z tych grobów, które odsłoniliśmy w lipcu poprzedniego roku. Ale też wycięto chaszcze wokół niektórych z tych grobów, do których nie zdążyliśmy jeszcze dotrzeć. To mocno podbudowuje.

W Jazłowcu spotkaliśmy się też z Grażyną Orłowską-Sondej z TVP Wrocław, pomysłodawczynię i realizatorkę całej akcji. Na cmentarzu pokazaliśmy jej przechylający się pomnik na grobie dwóch sióstr zakonnych, które zostały tam pochowane. Siostry Niepokalanki marzą o tym, żeby naprawić ten nagrobek, ale to prace przekraczające znacznie możliwości młodzieżowych wolontariuszy. Grażyna Orłowska obiecała pomoc w tym dziele. Potem już w Zbarażu pomoc w tej sprawie zadeklarował też komendant tamtejszej straży pożarnej Igor Wawerczak. Może więc uda się połączyć te siły i przeprowadzić renowację grobu.

Na cmentarzu w Jazłowcu przy grobie pochowanych tam zakonnic. Od lewej: Remigiusz Urbaniak, Grażyna Orłowska-Sondej, Tomasz Sadowski, Barbara Smoleńska, Jan Matkowski i s. Julia.

Kilka kilometrów od Jazłowca, ale po drugiej stronie Strypy, więc dojazd samochodem możliwy tylko przez Buczacz, leży wieś Potok Złoty. Tam pojechaliśmy dlatego, że rodzina pracującego z nami Tomka Sadowskiego, członka Towarzystwa i kibica Zagłębia Lubin, pochodzi właśnie stamtąd. Tomek wyposażył się w wiedzę i dokumenty o historii rodziny i wraz z Barbarą Smoleńską poszukiwali jakichś jej śladów w tej miejscowości.

Takie sytuacje są niesłychanie ekscytujące. Już kilkakrotnie byłem świadkiem odnajdywania śladów po przodkach i członkach rodzin. Nie dotyczyło to mnie, ale uczestniczenie w tym było i dla mnie niezwykłym przeżyciem. Coś się wtedy wypełniało, historia stawała się jakimś bardziej zrozumiałym kontinuum, które nie znika gdzieś za rogiem czasu. Tym razem uświadomiłem sobie m.in. punkt widzenia na powojenne dzieje kresowych rodzin, którego dotąd nie brałem pod uwagę. Wysiedleńców stamtąd, którzy przyjechali do obecnej Polski traktujemy bowiem, jako zdecydowaną większość, która nie mając wyboru musiała tutaj się przesiedlić. A po tych, którzy tam zostali nierzadko słuch zaginął. Ale tam też zostało wielu Polaków. I właśnie staruszka, z którą rozmawialiśmy opowiedziała o jednym z tamtejszych Polaków, że po wojnie wyjechał ze Złotego Potoku i słuch po nim zaginął. On pewnie zamieszkał gdzieś na Ziemiach Zachodnich i żył w Polsce ze swoją rodziną, ale dla tych, co tam pozostali zaginął.

Cmentarz żydowski w Potoku Złotym.

Tym razem Tomek Sadowski nie znalazł żadnych śladów po swoich przodkach poza ulotną pamięcią staruszki z Potoku Złotego, która coś tam pamiętała z tamtych czasów. Ale obiecała, że popyta o to wśród innych mieszkańców wsi, którzy mogą pamiętać przedwojenny okres. Problem polega na tym, że wieś najpierw spłonęła w 1939 roku, a po wojnie wysiedleni zeń zostali wszyscy Polacy.

W drodze do Potoku Złota Lipa. Dzisiaj to tylko zabytek przyrody, 600-letni okaz dendrologiczny. I o tym mówią napisy na tablicach informacyjnych. Ale pamiętam jeszcze tablicę po polsku, z której można było się dowiedzieć, że właśnie pod tą lipą w 1672 roku Polska podpisała traktat pokojowy z Turcją, traktat zwany potem “haniebnym”. Tablicy nie ma już od kilku lat. A w tym roku ułamał się jeden z największych konarów tego mocno już sfatygowanego drzewa.

Złota Lipa w Buczaczu, pod którą podpisano haniebny traktat buczacki.

W Buczaczu, który jest miastem powiatowym dla Jazłowca i Potoku Złotego, kilka nowych doświadczeń. Dowiedziałem się dopiero teraz, że urodził się tam Samuel Agnon, laureat literackiej Nagrody Nobla z 1966 roku. W podwórku domu, w którym się urodził spotkaliśmy nauczyciela buczackiej szkoły muzycznej, Wiktora Hrebeniowskiego, który tworzy tam “Art-Dwir” czyli podwórko artystyczne. Ta inicjatywa opiera się na postaciach trzech wybitnych buczaczanian: Samuela Agnona, Osypa Nazaruka i Jana Adamskiego. Osyp Nazaruk był ukraińskim działaczem społecznym i politycznym, adwokatem i dziennikarzem. Zmarł w 1940 roku w Krakowie, gdzie został pochowany. A Jana Adamskiego musiałem “przepuścić” przez Wikipedię i dowiedziałem się, że był polskim aktorem i pisarzem. “Art-Dwir” ma bazować na wielokulturowości Buczacza, który przed wojną tworzyli i Żydzi i Polacy i Ukraińcy. Właśnie w tej kolejności odzwierciedlającej demografię tego miasta w międzywojniu (60% 25% i 15%). Ten nauczyciel z największym uznaniem wypowiadał się o naszej akcji porządkowania cmentarzy. Stwierdził, że to ten sam kierunek, który przyświeca jego zaangażowaniu w artystycznym podwórku.

Art-Dwir w Buczaczu w domu rodzinnym Samuela Agnona. Z prawej Wiktor Hrebeniowski, a na lewo od niego nasz przewodnik Mikołaj Kozak.

Inna ciekawa historia wiąże się z ojcem Polikarpem, franciszkaninem, który wielokrotnie bywał już w Bolesławcu. Zawsze zapraszał do miejsc, w których posługiwał tam na Ukrainie. A był i w Zbarażu i w dalekim Czeczelniku pod Odessą, a obecnie posługuje w Husiatynie koło Czortkowa czyli miejscowości, która leżała na granicy II Rzeczpospolitej ze Związkiem Radzieckim. Kościół św. Antoniego leży dosłownie o 200 metrów od granicznego wówczas Zbrucza. Całą więc grupą odwiedziliśmy ojca w Husiatynie, a ten przyjął nas gościnnie.

Powiedzieć, że o. Polikarp “posługuje” w tej parafii to o wiele za mało. Kościół jest poważnie zniszczony, bo w czasach radzieckich pełnił najgorszą z możliwych funkcji składu chemikaliów, a to nadwerężyło wszystkie elementy budowli. Nie mówiąc oczywiście o rozgrabieniu i barbarzyńskim zniszczeniu całego wystroju. Poza duszpasterzowaniem ojciec wraz z drugim współbratem są na co dzień i budowlańcami i eksploratorami nie do końca zbadanych jeszcze podziemi. Ojciec opowiedział nam o swojej ostatniej przygodzie, gdy dokopał się do podziemnej krypty, która prawdopodobnie zamknięta była od setek lat. Były tam nienaruszone trumny ze szczątkami zmarłych.

Za nami kościół i na lewo od niego ruiny klasztoru bernardynów w Husiatynie. Stoją od prawej: Zbigniew Junkiewicz, Irena Junkiewicz, Leszek Smoleński, Barbara Smoleńska, o. Polikarp, Tomek Sadowski, Bogdan Madziarz i Bogdan Mazurkiewicz.

Ojcowie postanowili odbudować świątynię w jej pierwotnej formie. Będzie to możliwe jedynie w aspekcie zewnętrznego wyglądu, bo wnętrza są już nie do odtworzenia. I ze względu na braki w ich dokumentacji, jak i bezpowrotną utratę niemal całości wystroju. Część kościoła ma już ostateczne zadaszenie i patrząc z centralnego placu Husiatyna na tę część dachu wystającą ponad okoliczną zabudowę można pomyśleć, że to jakiś pięknie odrestaurowany kościół. Ale reszta wymaga jeszcze ogromu pracy i funduszów. Ale jest dla kogo to robić, ponieważ społeczność katolicka miasteczka jest spora i na mszach świętych i nabożeństwach kościół wypełnia się wiernymi. Parafianie nie będą jednak w stanie udźwignąć ciężaru tej renowacji. Niezbędna jest pomoc z zewnątrz. A ważne jest to, że warto pomagać, bo widać efekty tej pomocy i wielkie zaangażowanie ojców w odbudowę.

I na koniec nieco o Zbarażu, gdzie byliśmy m.in. w dniu święta tego miasta, ponieważ 7 maja jest dniem rozpoczęcia sezonu turystycznego na tarnopolszczyźnie. Kramy, dmuchańce dla dzieci i gastronomia to anturaż podobny i do naszych imprez tego typu. Ciekawe były natomiast obserwacje tego, co działo się na głównej scenie, ustawionej u podnóża zbaraskiej fortecy. Uroczystości rozpoczęły się od odśpiewania hymnu państwowego, co u nas raczej bardzo rzadko się zdarza. Potem ok. 20 minut trwały modlitwy, które prowadzili ze sceny księża grekokatoliccy i popi prawosławni. Po nich krótką modlitwę wygłosił też przedstawiciel kościoła ewangelickiego (mer Zbaraża jest ewangelikiem). To również element raczej niespotykany u nas. Ale już nigdy nie słyszałem, żeby każdy, kto zwracał się ze sceny do widowni witał się nie zwyczajnym “dzień dobry”, lecz “Chrystus zmartwychwstał”. To jeszcze okres wielkanocny stąd więc to pozdrowienie. Zresztą i w prywatnych sytuacjach Ukraińcy witali się z nami właśnie tym pozdrowieniem.

I jeszcze jedna obserwacja z okazji tej imprezy. Grupa pięciu starszych panów w mundurach Ukraińskiej Powstańczej Armii maszerowała z proporcem swojego koła kombatanckiego, a potem ustawiła się z nim nieopodal sceny. Proporzec w barwach czerwono-czarnych z imieniem patrona koła: Kłyma Sawura. To pseudonim urodzonego w Zbarażu Dmytra Klaczkiwskiego, pomysłodawcy i realizatora mordów wołyńskich na Polakach. Zresztą jego pomnik stoi w Zbarażu przy ulicy Gruszewskiego, a popiersie zdobi hol instytucji nadzorującej obiekty turystyczne w tarnopolskiem.

Kombatanci UPA z koła imienia Kłyma Sawura.

Ale też pewna przeciwwaga dla tego obrazu. Najpierw na scenie wystąpił jeden z gości ukraińskich, który rozpoczął od odwołania się do dwóch bohaterów pochodzących ze Zbaraża. Już spodziewałem się niezręcznej dla nas sytuacji, ale wcale nie chodziło o Sawura. Potem ten sam człowiek na obiedzie wydanym przez mera wzniósł toast w kontekście obecnych tam nas Polaków. I znowu zaczął od słów odnoszących się do jego umiłowania historii. Trudno było przewidzieć, co miał na myśli. On jednak wzniósł toast za Bohdana Chmielnickiego i Jaremę Wiśniowieckiego. Obie te postaci są obecne na zbaraskim zamku, gdzie wydany był obiad.

Ta trudna historia polsko-ukraińska stała się wyzwaniem i dla nas, odkąd Bolesławiec i Zbaraż stały się miastami partnerskimi. Będziemy więc jeszcze nie raz w sytuacjach, gdy trzeba będzie dać wyraz naszej wiedzy, a może i uczuciom, które ta historia niesie. Wolontariusze akcji porządkowania cmentarzy na Kresach czynili już to wielokrotnie. Od nich, od nas i od takich ludzi, jak ten opisany przeze mnie Ukrainiec, zależeć będzie to, do jakich odpowiedzi doprowadzi nas to wyzwanie.

PS

Na pierwszym zdjęciu na dziedzińcu zamku w Zbarażu stoją mer Roman Polikrowski (trzeci z lewej), dyrektor biura UNESCO w Tarnopolu Witalij Semeniuk (drugi z lewej) oraz przedstawiciele miast partnerskich Zbaraża: Bolesławca, Lubomierza i Głubczyc.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites