Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Twitterowe polemiki

Twitterowe polemiki 0

“Różaniec do granic” obiegł dosłownie Polskę wokół jej granic na lądzie i na wodzie, a nawet w powietrzu, bo ludzie modlili się też w kaplicach na lotniskach. Żałuję, że tam nie byłem, bo to piękna egzemplifikacja tego wszystkiego, co można dobrego powiedzieć o społeczeństwie obywatelskim. Ludzie kompletnie nie zorganizowani wedle współczesnych norm organizacyjnych, a jedynie połączeni wyznawaną wiarą potrafili w setkach tysięcy, a może i milionach, zwołać się w całym kraju, by wspólnie modlić się o Polskę i w tysiącach innych osobistych intencji.

Zbudowany byłem wypowiedziami tzw. ambasadorów tej akcji, którzy, tak jak Cezary Pazura, Krzysztof Ziemiec czy Kamil Stoch potrafili pięknie opowiedzieć o swojej wierze w Boga i swoim praktykowaniu modlitwy różańcowej. W ogóle wiele pięknych świadectw można było w tym czasie usłyszeć i przeczytać w internecie od ludzi praktykujących na co dzień modlitwę różańcową. Jedno z takich, które zwróciło moją uwagę napisała na Twitterze chyba siostra Alicja, zakonnica z San Antonio w Texasie: Nie ma takich problemów, których nie rozwiązałby różaniec.

Tę modlitwę zna wielu, ale wielu też ma o niej bardzo blade pojęcie, sprowadzające się do propagandowych klisz z czasów PRL, gdy w filmach różaniec pojawiał się jedynie w spracowanych dłoniach zasuszonych staruszek, które wypowiadały niezrozumiałe słowa bezzębnymi ustami. Relikt, zabobon i wstecznictwo. Daleki jestem od tego, by tłumaczyć czym jest ta modlitwa, tym bardziej, że sam mógłbym się jedynie nazwać jej wyrobnikiem. Jednak warto dowiedzieć się, co o niej sądzą ci, których wielu krytyków chrześcijańskiej modlitwy skłonnych jest uważać za wzór.

Znane jest bowiem zainteresowanie modlitwą różańcową w buddyzmie zen. Wielu mnichów studiowało różaniec, by zaimplementować jego strukturę w buddyzmie. Dla buddystów jest to bowiem doskonały przykład modlitwy medytacyjnej. Buddyjskie mantry, które są pomocą w praktykowaniu medytacji to bowiem krok w stronę różańca. W nim bowiem jest złączenie biernego pierwiastka kontemplacyjnego (powtarzanie określonych fraz modlitewnych – mantra) z pierwiastkiem aktywnym, medytacyjnym, gdy powtarzana fraza staje się podstawą do duchowego wejścia w obszar tajemnicy.

Różaniec to potężna wiedza i doświadczenie pokoleń chrześcijan. Każdemu wolno mieć swoją opinię na ten temat i na temat tych, którzy praktykują tę modlitwę. Ja jednak też mogę wyrazić swoje zdziwienie, gdy napotykam w tym względzie na zwykłą ignorancję. Wiele wylało się w tych dniach plugastwa w internecie dotyczącego i modlących się ludzi i samej modlitwy, którą odmawiali. Nie warto tym się zajmować, bo to problem autorów tych plugawych słów. Pozwolę sobie jednak przytoczyć wypowiedź niby światłego człowieka, za jakiego uchodzi Krzysztof Luft. Oto jego tweet o “Różańcu do granic”: Ośmieszanie chrześcijaństwa na masową skalę. Traktują religię, jako narzędzie utrzymywania zacofania w polskim zaścianku.

Każdy może być kabotynem, jeśli na tym mu zależy. Kabotyństwo Krzysztofa Lufta jest jednak znamienne, ponieważ układa się w jakiś cykl niezrozumienia rzeczywistości. Pamiętam jego boje o wyautowanie Telewizji Trwam przez niedopuszczenie jej na multiplex. To była kompletna pomyłka i gra na rympał, by w bezczelny sposób zignorować potrzeby i oczekiwania milionów odbiorców. Teraz połączenie się we wspólnej modlitwie tak wielkiej liczby chrześcijan jest dla niego ośmieszaniem chrześcijaństwa. Chociaż i można się z nim zgodzić w tym sensie, że to ośmiesza te chrześcijańskie kraje, w których nawet kościoły świecą pustkami. Ale to typowy prowincjonalizm, gdy komuś imponuje coś tylko dlatego, że jest zagraniczne bez względu na istotę sprawy.

Mówienie w tym kontekście o wolności słowa czy wyznania trąciłoby już banałem. Oczywiście każdy też może po swojemu oceniać tych, którzy korzystają z tej wolności słowa, albo wyznania. Hipokryzja ujawnia się jednak wtedy, gdy jakikolwiek dąs w stronę np. maszerujących miłośników odmiennych orientacji seksualnych traktowany jest, jako tzw. “mowa nienawiści”, a wszelkie bluzgi pod adresem modlących się ludzi są uważane za wolność słowa.

Głos w słynnej sprawie bandyckiej prywatyzacji nieruchomości w Warszawie zabrał Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. Z uznaniem przyjęła to opozycja i z dezaprobatą koalicja rządząca. Rządzący wytknęli RPO branie w obronę handlarzy roszczeń, a opozycja chwaliła za bezstronną obronę praworządności.

Czy zatem możliwe jest, że prawdą jest i jedno i drugie? Swoje opinie prezentowali też publicyści i komentatorzy polityczni. Dominika Wielowieyska na Twitterze napisała “Ten atak na Adama Bodnara jest oparty na kłamstwie. Bodnar nie broni handlarzy roszczeń.” Pozwoliłem sobie odpowiedzieć na ten jej tweet “Oczywiście. Broni procedur. Tyle, że one dotąd stały tylko po stronie handlarzy. Wyrzucani na bruk mogli sobie skoczyć panu majstrowi …”

Ogrom zła, które wyrządzono tak wielu ludziom w stolicy niemałego państwa w sercu Europy jest porażający. Nie da się zrozumieć dlaczego niemal nikt nie stanął w ich obronie, a sędziowie, którzy winni byli stać na straży sprawiedliwości wręcz brali udział w gangsterskich działaniach. Czy zatem RPO nic o tym nie wiedział? Jeśli tak, to niech się raczej przykuwa do drzew w Puszczy Białowieszczańskiej i pracuje z dala od ludzi, których bronić nie potrafi. Natomiast jeśli wiedział i nie reagował, to tym gorzej dla niego. Niech więc przynajmniej milczy.

PS
Fotografia pochodzi z Twittera Wojciecha Naji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites