Strona główna / Bogdan Mazurkiewicz / Siłą z niewolnika pana nie uczynisz

Siłą z niewolnika pana nie uczynisz 0

Od trzech tygodni znane są propozycje Prawa i Sprawiedliwości zmian w ustawie o samorządzie terytorialnym i w kodeksie wyborczym. Pojawienie się ich w publicznym dyskursie zbiegło się akurat z wizytą w Bolesławcu Jerzego Stępnia, jednego ze współtwórców, obok nieżyjących profesorów Michała Kuleszy i Jerzego Regulskiego, słynnej ustawy o samorządzie terytorialnym z 8 marca 1990 roku. Wtedy właśnie napisałem ten tekst.

W mojej opinii sporo zmian zaproponowanych przez PiS jest chybiona. Mam wrażenie, że ich autorzy nie czują tego, czym jest samorząd lokalny. Z nim nie jest najlepiej, jeśli weźmie się pod uwagę małe zainteresowanie mieszkańców samorządnością. Trzeba by więc było pochylić się nad przyczynami tego zjawiska i zaproponować kroki zaradcze. Zaproponowane zmiany nijak się jednak mają do tego problemu, a wręcz mogą pobłębić niechęć mieszkańców do interesowania się tymi sprawami.

Nie wzbudzi więc tego zainteresowania odwrót od wyborów większościowych w jednomandatowych okręgach wyborczych. Dla mnie tak naprawdę to wszystko jedno, jaka ordynacja miałaby obowiązywać, bo i wybory większościowe i proporcjonalne mają swoje plusy i minusy. Ale stopniowe wprowadzanie wyborów większościowych w gminach odczytywane było, jako ukłon w stronę lokalnych środowisk, które mogły przez to bardziej utożsamiać się ze swoimi przedstawicielami w radach. Odrzucenie tego ludzie odczytają, jako nawrót do partyjniactwa.

Partyjniactwu też przede wszystkim służyć będzie możliwość tworzenia tak małych, bo nawet 3-mandatowych, okręgów wyborczych. Przy mocnych komitetach wyborczych bądź partiach, które wystartują w wyborach, łatwo będzie zgarnąć im dla siebie dwa, a nawet trzy mandaty. W ten sposób bowiem ordynacja proporcjonalna, ze specyficznym algorytmem dzielenia mandatów radnych między zwycięskie ugrupowania, premiuje duże komitety.

Jedno, co dobre w tych propozycjach zmian, to zniesienie progu wyborczego w wyborach w gminach …, ale tylko do 20 tys. mieszkańców. Brak progu wyborczego przy wyborach proporcjonalnych niektórzy bowiem oceniają, jako nawet lepsze rozwiązanie niż okręgi jednomandatowe. Jest zachowana proporcjonalność, ale nie eliminuje się z góry z podziału mandatów małych ugrupowań czy komitetów wyborczych mieszkańców.

Już kompletnie pozbawione uzasadnienia jest wprowadzenie możliwości kandydowania do dowolnych rad gmin i powiatów osób, które zamieszkują w granicach tego samego województwa. Dotychczasowy obowiązek zamieszkiwania w tej samej gminie czy powiecie miałby więc zostać zniesiony. Ale po co? Po co radnym w Bolesławcu miałby zostać ktoś, kto mieszka w Oławie? Teoretycznie możliwe będzie, że cała rada miasta Bolesławca mogłaby się składać z mieszkańców tej przykładowej Oławy.

O Jerzym Stępniu wspomniałem nie bez kozery nie tylko z racji tego, że tworzył zręby samorządności w Polsce. Trzeba oddać mu to, że ustawa o samorządzie była wtedy pięknym prawem, które wprowadzało prawdziwego ducha samorządności. Szkopuł tylko polegał w tamtych początkowych latach na tym, że nie wszyscy ówcześni samorządowcy odczuli tego ducha. Jeśli trzymali się wyłącznie litery prawa, a nawet czynili to na jego granicy, to te samorządy znalazły się w koleinach, z których często nie wyszły do teraz.

W mojej rozmowie z nim Jerzy Stępień w części potwierdził tą moją ocenę. Ale wypowiedział też kilka interesujących opinii. Bo generalnie dobrze się ocenia wprowadzenie w 2002 roku bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów. Ale Stępień ocenia to, jako błąd. I zgadzam się z jego uzasadnieniem w tej sprawie. A chodzi o to, że tak wybierany wójt ma zbyt mocny mandat dany mu przez mieszkańców, co kończy się często zdominowaniem przez niego całej rady. A to właśnie rada gminy, ciało uchwałodawcze, winna być najważniejszym organem samorządowym, a nie być marginalnym ciałem zdominowanym przez organ wykonawczy.

Miałem też z Jerzym Stępniem krótką wymianę zdań na temat samorządności powiatowej. W mojej opinii niepotrzebnie bowiem wprowadzono ten szczebel samorządności. Sprawami, którymi zajmuje się starostwo powiatowe równie dobrze mogły dalej zajmować się urzędy rejonowe, przy których nie funkcjonowały kosztowne, wieloosobowe rady. Rada nie jest bowiem niezbędna do tego, żeby wydać pozwolenie na budowę czy zarejestrować auto. Stępień z tym się nie zgodził. Z jednej strony wskazał na konieczność zajmowania się takimi sprawami, jak szkoły czy szpitale przez ciało samorządowe, a nie rządowe. Z drugiej zaś, przywołał przykłady z państw Europy Zachodniej, gdzie to właśnie samorządność na szczeblu powiatu stała się ważniejsza od samorządu gminnego.

Mnie te argumenty jednak nie przekonują. Szkołami i szpitalem mogłaby bowiem bez problemu zająć się gmina. A przy tak słabym identyfikowaniu się Polaków ze swoim samorządem powiatowym nie liczyłbym, żeby w przewidywalnym czasie miał on przebić gminę.

Awantura o dwu-kadencyjność wójtów, burmistrzów i prezydentów to zaś dla mnie dęta sprawa. Najpierw przeciwnicy tego rozwiązania nie chcieli się zgodzić na działanie tej reguły wstecz. Jak nie działa wstecz, to w ogóle zauważyli w tym łamanie jakichś praw. Ale najmniej rozsądne jest argumentowanie konieczności pełnienia przez wójtów wielu kadencji ze względu na potrzebę realizowania wieloletnich planów rozwojowych gmin, które przekraczają jedną kadencję. To robi się ciekawe, bo za chwilę może się okazać, że w ogóle takie rządy powinny trwać z 10, 20 albo może i więcej lat. Żeby móc zrealizować wszystkie plany. Czy zatem poważnie mają być traktowane wybory, w których każdy powinien mieć szansę je wygrać, ale i każdy przegrać, czy może trzeba tak ustawiać proces wyborczy, żeby to obecni wójtowie mogli je wygrywać? I czy statystyki potwierdzają to, że źle się dzieje w gminach, w których szefowie samorządu rządzą tylko jedną, albo dwie kadencje, a dobrze tylko tam, gdzie mają ich na koncie po kilka?

I na koniec jeszcze ciekawe spostrzeżenie Jerzego Stępnia w sprawie uczestnictwa w wyborach. Nawiązał bowiem do czasów, gdy tylko szlachta miała czynne prawo wyborcze. II Rzeczpospolita do pańskich praw wyemancypowała wszystkich obywateli. Zatem udział w głosowaniu Stępień zinterpretował, jako prawo pana, który z niego korzysta. Jeśli więc ktoś z tego prawa rezygnuje, to chce, żeby to inni za niego decydowali i tym samym ustawia się w roli niewolnika. Jerzy Stępień jest przy tym wrogiem administracyjnego przymusu udziału w wyborach, a to dlatego, że siłą z niewolnika nie uczyni się pana.

6 thoughts on “Siłą z niewolnika pana nie uczynisz

  1. Cyt.: “Bo generalnie dobrze się ocenia wprowadzenie w 2002 roku bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów. Ale Stępień ocenia to, jako błąd. I zgadzam się z jego uzasadnieniem w tej sprawie. A chodzi o to, że tak wybierany wójt ma zbyt mocny mandat dany mu przez mieszkańców, co kończy się często zdominowaniem przez niego całej rady. A to właśnie rada gminy, ciało uchwałodawcze, winna być najważniejszym organem samorządowym, a nie być marginalnym ciałem zdominowanym przez organ wykonawczy.”

    Jakoś u nas panu to nie przeszkadza 🙂

      • Skoro bywa pan na zebraniach Forum, a wcześniej kandydował Pan z jego ramienia do rady, to pewnie o Ugandzie Pan pisał.

        • To inaczej. W całej Polsce obowiązuje jednakie prawo, więc myśli Pan/Pani, że pisząc, co napisałem chodziło mi tylko o samorząd lokalny w Kędzierzynie-Koźlu?

          • To inaczej. Skoro jest/był pan działaczem/sympatykiem Forum, które w takim działaniu widzi sens polityki, to automatycznie pan to toleruje i się w to wpisuje. Po co zatem krytyka faktu zdominowania rady przez wójta, burmistrza, prezydenta? Nie można być trochę tu i tu, bo to mało wiarygodne jest. Szczególnie w przypadku dziennikarza.

  2. Powróćmy więc do mojego tekstu. Zdominowanie rady przez prezydenta, o którym pisałem, jest skutkiem regulacji ustrojowej: bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów. Jak więc można tolerować bądź nie tolerować przepisów prawa? Na to nie mam wpływu ani ja ani Forum.

    Mój tekst to publicystyka. Wyraziłem w nim swoje prywatne poglądy ze sfery teorii samorządności lokalnej, zatem nie ma on nic wspólnego z dziennikarstwem. Kryterium oceny tego, co napisałem nie jest więc moja wiarygodność, lecz racja i zgodność z rzeczywistością, którą opisuję. A w tym względzie nie jest ważne, czy napisał to Mazurkiewicz, Nowak czy Tusk. Albo jest w tym racja i prawda o rzeczywistości, albo jej nie ma. Dyskusja z moimi tezami to więc raczej sprawa teoretycznego dyskursu niż wytykania mi wad.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Theme developed by TouchSize - Premium WordPress Themes and Websites